Dzienniki autobusowe

Jak już kiedyś wspominałam, jestem istotą ciepłolubną. Od jesiennej równonocy, zapadam powoli w zimowy sen. W tym roku dokonałam jednak przełomowego odkrycia! Są na świecie miejsca, gdzie nadal świeci słońce.

Zapraszam zatem na małą wycieczkę po październikowej Sycylii. Wycieczkę autobusową, bo tak się składa, że ten środek transportu towarzyszył nam na różnych etapach podróży.

Na blogu miało być głównie o naszych tu polskich atrakcjach, ale, biorąc pod uwagę, że lot na Sycylię trwa niewiele dłużej niż przejazd pociągiem z Krakowa do Katowic, myślę, że nie odbiegam zbyt daleko od tematu.

Palermo

Mondello

Favignana

Trapani

Palermo

O Palermo każdy chyba kiedyś słyszał z mniej lub bardziej chwalebnych powodów. Stan taboru autobusowego akurat zbytnim powodem do dumy nie jest. Można przypomnieć sobie dawny urok krakowskich Ikarusów. Jedziemy właśnie takim cudem techniki: tłok, eleganckie plastikowe siedzenia. 

Po którymś przystanku coś długo nie ruszamy. Siedzimy z tyłu, więc nie bardzo wiemy, co się dzieje. Nagle ¾ pasażerów wyskakuje z autobusu jak kot, któremu ktoś podłożył ogórka. Zepsuł się? Może się pali? Eee, spokojnie, to tylko kontrola biletów.

“Palermo… miasto, które jest zarośnięte na przemian barokiem i brudem.” (Wojciech Nowicki)

Należy jednak oddać miastu sprawiedliwość, bo i historię, i charakter ma niepowtarzalny. W tym całym szaleństwie jest jednak jakaś metoda.

Piazza Pretoria

Katedra

Villa Bonanno: jesienne liście i palmy w jednym

Widok na Palermo z Monreale

San Giovanni degli Eremiti

Muzeum Marionetek 

 Mondello

Nie samymi zabytkami i cappuccino człowiek żyje. Jest jeszcze woda, piasek, słońce! I choć Włosi wyciągnęli już bluzy, botki, a nawet puchowe kamizelki, to my w sandałach i krótkich spodniach wybieramy się nad morze. Jedyne co łączy nasze ubiory to okulary przeciwsłoneczne.

Mondello było kiedyś wioską rybacką, a teraz to nadmorski kurort, do którego w ciepły dzień ciągną turyści spragnieni wypoczynku na plaży jak z pocztówki. Jak to wygląda w sezonie, można zobaczyć na streetview. Natomiast w drugiej połowie października sprawy mają się trochę inaczej:

Do Mondello dojechać można oczywiście autobusem (poza sezonem z przesiadką). Jedziemy zatem wąską drogą wśród śródziemnomorskiej zieleni, tymczasem na siedzeniu przed nami toczy się ożywiona dyskusja: o tym dlaczego mieszkańcy muszą teraz jeździć z przesiadką, kto za tym stoi, co trzeba by zrobić, żeby to zmienić i dlaczego nikt tego nie zrobi (Włochy w pigułce). Autobus niewielki, więc wszyscy, chcą nie chcąc, słyszą rozmowę. A skoro już słyszą, to się przyłączą. 

Po paru minutach kierowca czuje się w obowiązku zabrać głos. Wiadomo, że rozmówcy należy patrzeć w oczy, zatem dalej jedziemy już autobusem, którego kierowca zamiast na drogę patrzy w lusterko wsteczne. Wysiadamy na pierwszym przystanku przy plaży, a razem z nami wysiada inicjator dyskusji. Chyba nikt w środku nie zwraca na to uwagi, autobus dalej wibruje od decybeli.

Plaża w Mondello

Favignana

Kolejny etap zwiedzania to Wyspy Egadzkie. Internet pęka od relacji zachwyconych i oczarowanych turystów, więc pozwolę sobie dołożyć łyżkę dziegciu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że poza sezonem na tych “włoskich Malediwach” następuje pewne rozprężenie.

Lido Burrone. Największa piaszczysta i “jedna z najpiękniejszych plaż na wyspie” przypomina niestety nieco zaniedbane kąpielisko miejskie nad jeziorem. Jednak woda nadal jest ciepła, a słońce grzeje, więc za sam fakt, że 22 października można paradować tu w sandałach i tunice, przymykam oko na drobną niezgodność towaru z opisem.

Bardzo ciekawy okazuje się za to spacer przez środek wyspy wśród niezamieszkanych już o tej porze roku willi.

Lido Burrone

 Widok na zamek św. Katarzyny

Favignana to królestwo rowerów, ale nam i tutaj udało się znaleźć autobus! Przypominający gimbusa, pomarańczowy Tarantola bus. W ofercie są aż trzy linie, które, jak się okazuje, obsługuje jeden pojazd i jeden kierowca. To się nazywa urozmaicona praca.

Na samą wyspę można się natomiast dostać wodolotem. Rejs trwa około pół godziny, a najciekawiej się robi, gdy po kilku większych “podskokach” z różnych stron słychać wołanie: “Woreczki! Woreczki!”.

Widok z Favignany na wyspę Levanzo

Spacer po wyspie

Trapani

Trapani w październiku trąci lekką nutką dekadencji. Jest to miasto w typie powiatowym i choć można tu odpocząć od zgiełku Palermo, to jednak pewnych rzeczy brakuje. Na przykład autobusów w niedzielę. A tak się składa, że akurat w niedzielę chcieliśmy odwiedzić zabytkowe miasteczko Erice, położone na górze o tej samej nazwie. Dostać się do niego można kolejką linową, której dolna stacja znajduje się około 5 kilometrów od centrum Trapani. Nic to dla nas, pogoda sprzyja, więc wybieramy się na spacer przez nieco wymarłe miasto. Zamknięte sklepy, puste przystanki i palmy na ulicach. Po około godzinie docieramy na miejsce, gdzie wita nas duży napis chiusa per vento, czyli nieczynne z powodu wiatru.

Wśród turystów widać lekką dezorientację, tymczasem pan z obsługi gorąco zachęca wszystkich zawiedzionych obrotem sprawy do korzystania z toalety za jedyne 1€. Różne rzeczy mi już we Włoszech działały na nerwy, a teraz dołączył do nich ów tajemniczy wiatr. Zamiast na górę wybraliśmy się (rzecz jasna pieszo) na pożegnanie z morzem i ostatnią przed wyjazdem porcję makaronu.

Widok z portu

 Hurra! Idziemy na kolejkę

Ciao, Trapani!

Pomimo tych drobnych złośliwości, szczerze polecam jesienny wypad na Sycylię. Napawa krzepiącym wnioskiem, że zawsze gdzieś tam świeci słońce.